czwartek, 11 lipca 2013

I - Powrót do domu

     Drew był wyjątkowy i każdy w mieście doskonale o tym wiedział. Nie był jak policjant z lokalnego komisariatu policji stanowej w Oregonie, nie był jak żarliwy i wiecznie nadęty biznesmen z jakiegoś wielkiego drapacza chmur w Nowym Jorku, nie był jak te bogate skurwysyny, które wykorzystują każdą nadarzającą się okazję do tego, by powiedzieć, że mają tyle kasy, że do kibla mogą jeździć złotym bentleyem. On nie był jak wszyscy, zarazem nikt nie był jak on. Nieznajomi, których przyjaźnie zagadywał na ulicy przy różnych okazjach byli dla niego mili (choć nie wszyscy i nie zawsze), lecz zawsze pytali Sama czy Drew nie jest upośledzony psychicznie. Taka już ludzka natura, że to co nam nieznane bierzemy z marszu za nienormalne lub upośledzone. Drew, naturalnie, nie był w żaden sposób upośledzony ani nic w tym rodzaju. Był po prostu inny, na swój sposób miły i niewinny, lecz mimo wszytko inny. Nie wydawał się być tym faktem specjalnie zdołowany i przejęty, właściwie to wydaje mi się, że nawet tego nie czuł. Drew miał swoje ulubione okulary, które nosił na nosie bez przerwy. Nie miał jakiejś strasznej wady wzroku, ale urodził się z lekkim zezem i od wczesnych lat młodości musiał chodzić do okulisty, który po pewnym czasie nakazał noszenie okularów. Młody Drew posłusznie je nosił, z początku z lekką niechęcią i brakiem zaufania do doktora okulisty, lecz po miesiącu, może dwóch nie potrafił się z nimi rozstać i tak już mu zostało. Okulary zmieniał około trzech razy w swoim życiu, nigdy nie miał na żadnych najmniejszej ryski czy zadrapania i teraz, w wieku lat czterdziestu jeden był przekonany, że nie ściągnie ich do końca życia. Drew stał już w progu drzwi, których informacyjna plakietka powieszona na numerze informowała ostrożnie acz stanowczo i dając do zrozumienia, że jeśli się wejdzie to w żaden sposób się stąd nie wyjdzie: STAROŚĆ. Włosy zaczęły wypadać, skóra przez lata narażona na różne niedogodności i skazy pokrywała się coraz liczniejszą ilością zmarszczek, a kości i stawy to już nie to samo co kiedyś. Lecz i to nie stanowiło dla Drew powodu do zmartwień, jego umysł był niewrażliwy na smutki, przykrości czy deszczowe dni, jego umysł był umysłem nietuzinkowym, jedynym w swoim rodzaju, jego umysł był wyjątkowy. Tak jak on cały.
     Drew siedział bezpiecznie przypięty pasami do siedzenia pasażera i patrzył przed siebie, szukając wśród deszczu i mroku skrawka oświetlonej reflektorami drogi a ta, była wyjątkowa podziurawiona i usłana koleinami. Sam z kamienną twarzą oświetloną zieloną poświatą, którą rzucały liczniki w tapicerce i wzorkiem wbitym w drogę prowadził dodge'a z 2000 roku, trzymając kurczowo kierownicę by samochód nie wypadł z drogi przy jakiejś większej dziurze. Deszcz niemiłosiernie bił o przednią szybę wozu, rozwścieczały wiatr targał korony drzew rosnących przy drodze nie dając najmniejszych szans na spokojną noc. Sam myślał co teraz zrobić z Drew. Próbując skupić się na nie wypadnięciu z trasy, ukradkiem spoglądał na swojego podopiecznego kątem oka. Gdy samochód podskoczył na jakiejś górce a Drew jęknął i z przerażeniem spojrzał na Sama, ten w końcu się odezwał:
     - W porządku? - spytał.
     - Tak - odparł Drew z lękiem w głosie. - Mógłbym cię poprosić byś nieco bardziej uważał na drogę, Sam? Bardzo proszę.
     - Staram się, bracie ale ta cholerna trasa jest podziurawiona jak jakiś szwajcarski ser. Wybacz mi.
     - Nie ma o czym mówić, Sam - powiedział Drew siląc się na uśmiech. Sam wiedział, że jest o czym mówić. Sam doskonale wiedział, ponieważ znał Drew Irvinga od dwudziestu lat, zaraz po tym gdy jego matka zmarła a on zgłosił się by zaopiekować się samotnym mężczyzną, który w swojej głowie wciąż miał pięć lat. Idą razem przez życie, mimo że Samowi nie zostało raczej więcej niż parę lat... ale taka kolej rzeczy i Sam wcale nie bał się tego, iż pewnego dnia będzie musiał odejść. Bardziej obawiał się tego, że będzie musiał zostawić Drew samego, a wtedy nie wiadomo co się stanie...
     - Wiesz Drew - zaczął Sam najobojętniej jak tylko potrafił - tak sobie myślę nad tym co powiedziała Nicole.
     - Tak? - Drew spoglądał na kropelki deszczu wędrujące po szybie od strony pasażera.
     - No... myślę nad tym co chciała powiedzieć, mówiąc: dam ci tę pracę ale nie licz na wiele. Masz może jakąś koncepcję?
     - Hmmmm... może chodziło jej o pieniądze? Powiedziałeś jej, Sam, że nie chcę wiele? Czy powiedziałeś jej to?
     - Owszem, powiedziałem - Sam sięgnął pamięcią do dwóch godzin wstecz i stwierdził, iż istotnie, powiedział jej to. - Nie wydaje mi się by chodziło jej o twoje zarobki, wiesz? Nicole jest dobrą babką, jeszcze lepszą szefową więc nie musisz martwić się o to, że wypłaci ci o stówkę za mało. Bardziej skłaniał bym się w stronę etatu. Może nie będziesz awansował tak szybko jak inni, albo nie dostaniesz zbyt wielkiej podwyżki, stary - po ostatnim zdaniu sam poczuł się nieco dziwnie mówiąc do Drew stary. Facet był od niego młodszy o plus, minus trzydzieści lat.
     - Chcę po prostu zarobić by móc samodzielnie kupić sobie ten fajny toster. Pamiętasz? Pokazywałem ci go na aukcji w Internecie. Robi na grzankach różne wzory, misie, duchy czy jakieś inne. Chciałbym sobie zrobić takiego tosta.
     - Wiem, pamiętam - zdziwił Sama entuzjazm w głosie Drew, kiedy mówił o tym tosterze. Zdał sobie sprawę, że to dla niego naprawdę ważne przedsięwzięcie. - Ale mogłem kupić ci go sam.
     - O nie - oburzył się Drew i spojrzał na Sama. - Sam na niego zarobię i sam sobie go kupię. A jak starczy mi jeszcze pieniędzy z mojej wypłaty to kupię ci jakiś fajny prezent. Cieszysz się, Sam?
     - Pewnie, brachu - Sam się uśmiechnął. - Pamiętaj tylko, że ze swojej pierwszej wypłaty nie kupisz od razu wszystkiego, Drew. Będziesz musiał sobie zaoszczędzić nieco forsy.
     - Ależ Sam, przecież dobrze o tym wiem. Naprawdę cieszę się, że będę listonoszem w naszym miasteczku, będę poznawał nowych ludzi i odwiedzał sąsiadów, a nawet panią Lowelly. Ona wie, że chcę sobie kupić ten toster i zapewne spyta się jak mi idzie, a ja jej opowiem, że właśnie zarabiam roznoszeniem listu a pani pewnie się ucieszy, i, i...
     - Spokojnie, Drew - powiedział wesoło Sam widząc z jaką pasją mówił jego podopieczny i jak bardzo się ekscytował swoimi słowami. - Dostaniesz zadyszki, chłopcze.
     - Przepraszam, Sam - rzekł nieśmiało Drew. - Ale nie posiadam się z radości. Bardzo chciałbym mieć ten toster.
     - Wiem, kolego. A jak tam panna Cole? Spodobała ci się?
     Panna Cole, niewysoka, szczupła i ładnie opalona blondynka była ich nową sąsiadką, tzn Drew i Sama. Wprowadziła się w zeszłym tygodniu na Wingham Street do domku obok, który kupiła na aukcji, gdzie trafił po śmierci jego starej właścicielki, pani Hole. Drew spytał czy może pójść odwiedzić nową sąsiadkę, na co Sam pewnie przytaknął i polecił by ten zerwał kilka kwiatków na powitanie. Drew ucieszył się niezmiernie, poleciał do ogródka i zerwał sześć najładniejszych bratków jakie tam rosły, po czym udał się chodnikiem w stronę domu pani Cole, odwracając jeszcze do Sama swą uśmiechniętą i uradowaną twarz. Sam nie pamiętał by cokolwiek w życiu sprawiło mu taką radość, jaką sprawia mu ten mężczyzna, ten który właśnie szedł chodnikiem do nowej sąsiadki w odwiedziny, wciągając koszulę do spodni i przygładzając włosy. Jeśli miałby ponownie przeżyć pół życia sam by na starość spotkać kogoś takiego jak Drew... zdecydował by się bez wahania. Sam czuł się jakby dostał syna, którego nigdy nie miał.
     - Była dla mnie niezwykle uprzejma - powiedział lekko uśmiechnięty Drew. - Polubiłem ją i wydaje mi się, że ona mnie też, ponieważ zaprosiła mnie na ciasto w sobotę. - Sam tego nie dostrzegł w ciemności lecz Drew się zarumienił i zrobiło mu się ciepło.
     - To świetnie, myślisz, że coś z tego wyjdzie? - Sam spojrzał na Drew, po czym z gracją ominął większą dziurę i sprytnie wymanewrował obok zwalonej gałęzi.
     - Och, nie wiem - Drew Irving miał wielką nadzieję znaleźć przyjaciela. - Ale jeśli tak, to zrobię jej takiego dużego tosta - wskazał jego wielkość obszernym ruchem rąk i uśmiechnął się.
     - Na pewno się ucieszy, chłopcze - Sam również uśmiechnął się pod wąsem. - Chyba dojeżdżamy, nie sądzisz?
     Drew wytężył wzrok, szukając w dwóch plamach światła i mroku czegoś, co mogło by zwiastować powrót do domu lecz niczego takiego nie znalazł. Ucieszył się dopiero wtedy gdy minęli znak z napisem WOOD LAKE 2 MILE. Natura po obu stronach drogi już się prawie kończyła, zastępowały ją pojawiające się sporadycznie pojedyncze domki. Drew rozpoznał w jednym z nich dom leśniczego, w którym paliło się światło. Zapewne stary Gregory posuwa jakąś dziwkę, pomyślał Sam zauważając dom. Nie darzył Grega Batterbeana zbytnią dozą szacunku, właściwie można było rzec, iż są to sporadyczne dawki ale nie było się co dziwić. Gregory'ego nie lubiła większość mieszkańców Wood Lake, cała reszta go nienawidziła.
     - Jak myślisz, Sam - odezwał się Drew - czy sprawdzę się jako listonosz?
     Sam wprowadził dodge'a na równy asfalt i dodając gazu rzekł:
     - Z pewnością - odparł spoglądając z uśmiechem na Drew. Słodkiego, miłego Drew. - Z pewnością, mój bracie.